Ściany którymi się otaczam nie zawsze muszę nazywać domem, bo najważniejszym jego elementem są ludzie, którzy go ze mną tworzą. Nieważne gdzie. Jakiś czas temu znaleźliśmy z B. spokojną przystań pod miastem i uwiliśmy tutaj małe, przytulne gniazdko i jest to moje 15 mieszkanie odkąd wprowadziłam się do Wrocławia.

Pierwsze studenckie kwatery wspominam z łezką nostalgii, bo był to piękny, burzliwy okres mojego życia, kiedy to samodzielność wykluwa się niejako z przymusu, szczególnie gdy młody człowiek zostaje rzucony od razu na głęboką wodę. Nie pamiętam już chyba wszystkich współlokatorów z tamtych lat, bo twarze zmieniały się każdego roku, tak samo jak różne studenckie znajomości. Aczkolwiek z O. przyjaźnię się do dzisiaj, a zaczynałyśmy jedząc bułki z miodem z nogami na stole, rozważając strategie damsko męskie (wprowadziłam się do niej na Kołłątaja z dnia na dzień z moją dziewczyńską, karpacką ekipą mieszkaniową).

Były to czasy, gdy własne łóżko w pokoju było jak baza; szafa, kuchnia, uczelnia, miejsce spotkań. Toczyło się tam całe osobiste życie mieszkaniowe. Gdy kończył się semestr łóżko było pakowane do domu i wracało ze studentem w październiku pod kolejny wrocławski adres. Zwiedziłam tym sposobem chyba wszystkie ważniejsze dzielnice. Luksusem było wówczas posiadanie własnego pokoju, co wyjątkowo miło wspominam, szczególnie z ul. Kołłątaja, gdzie wyjście do miasta nie stanowiło tak wielkiego przedsięwzięcia logistycznego jak dziś. Życie w komunie dawało wtedy poczucie bycia częścią wspólnoty, szczególnie gdy można było beztrosko spotkać się w kuchni i jeść co popadło czy wracać nad ranem w podejrzanym stanie, szykując się tego samego dnia na zajęcia lub do pracy. Jakieś cztery lata temu trafiłam do bardzo specyficznego miejsca jakim była stara, poniemiecka willa w pięknej dzielnicy Borek a w niej ogromne mieszkanie z tarasem wychodzącym na ogród. Tam spędziłam kilka ciekawych lat, przede wszystkim ze względu na różnorodność nieszablonowych ludzi – podróżników, skejtów, gejów i lesbijek, artystów, pijaków etc. Nie zawsze wiadomo było kto i dlaczego tu śpi, ważne żeby nie zjeść czegoś ważnego z lodówki bo mogło się skończyć poważnymi oskarżeniami, choć na codzień żyliśmy w zgodzie i miłości. Dwa lata temu miałam najwyższe statystyki przeprowadzek odmierzanych tygodniami, zataczając krąg Gaj-Muchobór-Karłowice-Rynek-Gaj-Partynice. Na razie niech tam zostanie, aczkolwiek wiem jak się spakować w godzinę do czterech pudełek.

  • Mój brat wyznaje od pewnego czasu pewną ciekawą minimalistyczną filozofię. Wprowadzając się do nowego miejsca należy wyjmować z pudełka tylko te rzeczy które w danym momencie będą potrzebne. Po pewnym czasie okaże się, iloma zbędnymi rzeczami się otaczamy i jak wiele przedmiotów podróżuje z nami zupełnie bez sensu, choćby przez sam sentyment lub nadzieję, że okażą się przydatne.

slonce na szafie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *